To trudna przyjaźń

lęk

 

 

Praktycznie całe życie moim najlepszym przyjacielem był lęk.

Towarzyszył mi od najmłodszych lat, choć początkowo nie potrafiłam go dobrze zinterpretować. Był wszędzie: w domu, na ulicy, w szkole, w sklepie……..

Te ciemne istoty wchodziły we mnie dotykając mnie od środka, odbierając możliwość zaczerpnięcia powietrza i paraliżując moje ciało. Ich ciągła obecność odbierała mi radość, sprawiała, że zamykałam się w sobie…….. a wtedy one były coraz mocniejsze……..przewyższały mnie swoją siłą, stanowczością, pewnością siebie……

Ja byłam tylko małą, niewinną owieczką, a wokół mnie stado rozwścieczonych, krwiożerczych wilków. Nie było spokoju…………..ciągle czułam jak łapczywie wyrywają sobie strzępy mojej poranionej duszy.

Nocami przychodziło ich więcej…….. sen nie dawał ukojenia…….kiedy już przyszedł koszmar powracał ze spotęgowaną siłą. Płakałam, błagałam  i uciekałam, a one karmione moją bezradnością rosły w siłę.  Skrzydlaty potwór uwięził mnie w bagnie swojej władzy, jego twarz była odcieniem całego zła jakie widziałam i doświadczyłam w życiu. Trzymała mnie swoimi mackami uniemożliwiając ucieczkę………….

lęk
lęk

Strach, ciemność, beznadziejność……to wszystko odbierało mi życie, było go coraz mniej. To one królowały……byłam w ich królestwie……królestwie cieni. Zawieszona na suchym, opuszczonym drzewie czekałam na ostateczność ………wyczerpana, osłabiona….,czułam się przegrana……..oni zawsze wygrywali…….nie było sensu walczyć…………

Przyjaciel mnie nie odstępował……krok w krok kroczył ze mną przez życie podstępnie odbierając wszystko co miałam……..radość, wiarę , zaufanie, nadzieję, miłość, wolność.

Cząsteczka po cząsteczce wyrywał wszystko, a ja oddawałam bez sprzeciwu, poddając się……biernie obserwując pozostałości mojej mizernej osóbki……… Karmiony moim strachem  domagał się coraz więcej….był nienasycony, i w końcu dopiął swego. Otrzymał to po co przyszedł. Oddałam się……i upadłam. Spadałam coraz głębiej i głębiej, nie było końca…….obojętność ogarnęła moją duszę………moja ostatnia ucieczka miała dać mi ukojenie od całego bólu i od niego. Ale On nie chciał  mnie uwolnić.

Leżąc w białej trumnie zobaczyłam Go – stal tuż obok, przy mnie – trzymał  mnie za rękę!!!!! Wtedy zrozumiałam, że łączy nas nierozerwalna więź, której nawet śmierć nie może rozdzielić……

Zrozumiałam, że On i Ja to jedno, jest częścią mnie, od której nie mogę się uwolnić. Jest, był i będzie……..pokazując kierunek mojej odwiecznej tułaczki……intrygując, krzepiąc i targając moją duszę, zabierając i oddając. Był wszystkim i niczym jednocześnie, był Wiecznością.