Menu Zamknij

Daj z siebie wszystko, a osiągniesz to czego pragniesz

Daj z siebie wszystko

Napisanie tego wpisu było dla mnie nie lada wysiłkiem. Dość dawno nie pisałam nic nowego. Systematyczność gdzieś odeszła, a może to brak czasu, natchnienia, a może po prostu brak chęci pisania. Przekładałam to z dnia na dzień. Nie dziś, jutro się tym zajmę! Wynajdowałam sobie kolejne rzeczy do zrobienia, aby tylko, tak naprawdę, nie zabierać się do pisania.  Im dłużej to trwało, tym było gorzej. Chyba powoli zaczynałam w siebie wątpić. Czy ja zdołam jeszcze coś napisać? Żadnych pomysłów, pustka w głowie. Co wpadnie, to za chwilę gdzieś się ulatnia. Może napiszę o …….- myślę sobie, ale nie, kolejny podobny temat, tyle już jest tego w necie – kto to będzie czytał?

I tak dzień za dniem mijał, a ja bardziej sfrustrowana. Zła na samą siebie i wątpiąca w swój “talent” pisarski. No dobra dużego talentu nie mam, ale zawsze coś do głowy wpadało, gdy brałam długopis w ręce. A teraz nic! I w końcu myślę sobie – pisz co ci podpowiada serce! O czym chciałabyś się podzielić z innymi. Co sprawiło ci ostatnio radość, co wywołało smutek. Czego doświadczyłaś ostatnimi czasy, a co mogłoby być jaką nauką, radą dla innych, i dla ciebie samej. I tak siadłam na balkonie, promienie słoneczka ogrzewały moje spragnione ciepełka ciało, wzięłam kartkę, długopis i zaczęłam pisać. Słowa zaczęły powolutku same płynąc z głowy i pojawiać się na papierze. Wiem, jestem staroświecka, ale nie potrafię od razu pisać na komputerze.

A więc, czym powinnam się z Wami podzielić. Może tym, że w końcu znalazłam pracę, a raczej to ona znalazła mnie. Pewnego dnia, mój obecny szef, zadzwonił do mnie. Czy nadal jest pani zainteresowana pracą w naszej kancelarii? Tak oczywiście – odpowiadam. Jakżeby inaczej, w końcu od prawie 5 lat byłam bezrobotna. Choć między czasie miałam jakiś kilkudniowy epizod w sklepie i na stacji benzynowej. Ale wróćmy do obecnej chwili. Podekscytowana i poddenerwowana idę na rozmowę, która trwała zaledwie 5 minut.  Pan pyta, czy mogę zacząć od poniedziałku, oczywiście zgadzam się. Koniec końców rozpoczęłam od środy, zapracowany szef chyba zapomniał wcześniej zadzwonić po nową pracownicę. Noc, poprzedzająca pierwszy dzień,  była dla mnie bezsenna – stres dał o sobie znać. Jak to będzie, czy dam radę? – myśli błądziły głowie. Panika, panika, panika. Serce zaczynało łomotać, oddech spłycony, w myślał w koło to samo. Rano – cholernie niewyspana i  zestresowana. Poszłam. Zostałam zawalona papierami, z którymi miałam się zapoznać. Następnie dano mi kolejne, i kolejne. Głowa coraz bardziej przeciążona. Mętlik przeokropny. Zbyt wiele informacji na raz. Całe szczęścicie, że osoby pracujące dość miłe – myślę sobie – no oprócz zony szefa, kiedy ona z nami pracuje to panuje jakaś napięta atmosfera.

Pierwszy dzień jakoś minął.  Ale stres był nadal, niepokój był jakiś inny, silniejszy niż zwykle, co  odczułam już dotkliwie następnego poranka. Mdłości, zawroty głowy i  duże wątpliwości – Czy ja naprawdę chcę tam pracować? – pytałam siebie. Pojawiła się chęć ucieczki od tego wszystkiego. W pracy ciężko. Znów natłok nowych rzeczy. Miotałam się przeokropnie – nie wiedziałam w co mam ręce włożyć. Głowa mi pękała, napięcie dało o sobie znać. Miałam ochotę stamtąd wyjść i rzucić to w cholerę! Po powrocie do domu nie potrafiłam wrócić do równowagi. Ból głowy nie ustępował. Położyłam się do łóżka i nie chciałam już z niego wychodzić! Miotałam się w myślach, chciałam i jednocześnie nie chciałam tam wracać. Mąż chyba widział, że nie jestem w najlepszym stanie. Chyba wiedział, co to może oznaczać. Widziałam jego troskę, ale nie potrafiłam się uspokoić. Wołam go do siebie na łóżko, gdyż potrzebowałam jakiegoś ramienia, abym mogła się wypłakać. Szlochałam, i szlochałam, a raczej ryczałam, i ryczałam. Mój wewnętrzny monolog nie należała do ciekawych. Wyklinałam dzień, w którym odebrałam ten cholerny telefon. Wyklinałam samą siebie, za to, że tam poszłam, że się zdecydowałam, a jednocześnie za to, że teraz jestem taka beznadziejna i bezsilna, i że do niczego się nie nadaję. Ale i ta druga strona mojej osoby się odzywała – to dla ciebie szansa, w końcu masz to czego chciałaś, nie możesz z tego zrezygnować. Natłok myśli, paniczny lęk i uczucie beznadziejności doprowadziło do tego, że zdecydowałam się na nowo sięgnąć po leki przeciwdepresyjne. Niezbyt pomogły, gdyż noc następna nie przespana. Zastanawiałam się, którą drogę wybrać. Czy zrezygnować i  poddać się sile lęku. Czy wziąć się jakoś w garść i walczyć o swoje życie. O powrót do jakiejś normalności. Ale gdzie normalność, która droga nią jest?

Wstałam – zebrałam resztki sił i podniosłam się z łóżka. Decyzja zapadła, postanowiłam spróbować. Po podjęciu decyzji napięcie trochę opadło. W weekend trochę wypoczęłam, w poniedziałek miałam już trochę więcej energii. A może to leki zaczęły działać i mnie trochę wyciszyły? Ale i moje myślenie się zmieniło. Postanowiłam dać z siebie wszystko, aby osiągnąć swój cel. A  celem było przetrwanie każdego kolejnego dnia w pracy. Codziennie sobie gratulowałam jak mi się udało. Wewnętrznie zaczęłam się podbudowywać i wzmacniać. Z każdym dniem było coraz lepiej, czułam się coraz silniejsza i pewniejsza, wiedziałam, że dam radę, muszę dać. Dałam z siebie wszystko, choć było mi ciężko. Pracuje już prawie miesiąc, każdy dzień jest ciężki, ale nie męczący. Wracam do domu, odpoczywam i znajduję jeszcze energię na kolejną pracę – domową. Zmieniło się moje myślenie, moje nastawienie jest bardziej pozytywne. Nawet żona szefa okazała się milsza, niż początkowo sądziłam, ale może to tylko moje odczucia. Musiałam zmienić się wewnętrznie, aby się przełamać i ujarzmić lęk, który początkowo chciał zniewolić mnie.

Na blogu piszę o sile pozytywnego myślenia, o kwestionowaniu swoich irracjonalnych myśli….i może dlatego było mi trochę głupio pisać, gdyż sama znów w tę siłę zwątpiłam  i się chwilowo poddałam.  W ciężkich chwilach w naszych głowach panuje zamęt, trudno nam pozbierać myśli, nie wiemy czego chcemy, czy decyzje jakie podejmiemy będą odpowiednie. To wszystko prowadzi do wyczerpania naszych zasobów, do jeszcze większych udręczeń. Ale nie poddawajmy się. Wstawajmy, kiedy upadniemy..Niech każdy upadek będzie naszym większym wzniesieniem.  Niech daje nam pewność, że możemy przetrwać wszystko, że trudne, ciężkie chwile nie odbiorą nam wiary w nas samych. Niech te trudne momenty będą dla nas nauką, wyciągajmy z nich wiedzę o nas samych.

Dajmy z siebie wszystko, a osiągniemy to czego pragniemy. Tytuł tego wpisu własnie taki jest. Pisząc go również dałam z siebie wszystko, oddałam całą siebie, walczyłam ze swoimi wątpliwościami i z brakiem pewności siebie. Wiem, że mój język pisarski nie porywa, znam swoje  słabości, ale czasem nie chodzi o estetykę, ale o emocje jakie treść wywołuje. Mam nadzieję, że udało mi się jakoś przełożyć na słowa to co odczuwałam. Może  ktoś odnajdzie w tym siebie. Może kogoś poruszę, popchnę do działania.